Ukazuje się od 1946 w Krakowie, a następnie w Warszawie jako PRZEGLĄD ARTYSTYCZNY, od 1974 SZTUKA, Rok (55) XXVII | Wydanie internetowe Rok (1) SZTUKA 2020

film } Popioły i diamenty

Wśród mchów i porostów

Sara Nowicka 23.03.2021

Chyba wszyscy równie niecierpliwie każdego roku czekamy na wiosnę. Na wszechobecny nadmiar zieleni, wybuch pąków, zniewalający zapach świeżych kwiatów i bzyczenie pierwszych owadów, które już niedługo zacznie być nieznośne. Filmowi twórcy zmyślnie wykorzystują ten obezwładniający nasze zmysły szał uniesień. Natura w wiosennym rozkwicie lub letnim słońcu często jest tłem erotycznych historii, zapadających w pamięć i budzących zazdrość oglądających.

Kilka miesięcy temu Łukasz Łuczaj, profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego, etnobotanik i popularyzator przyrody, wydał książkę „Seks w wielkim lesie”. Określana przez autora zapachowo-dotykowym przewodnikiem pisanym w formie opowieści. Przedstawia pełne spektrum zmysłowych doznań, które oferuje nam natura. Łuczaj opisuje własne wrażenia, pokazuje z bliska miękkość mchu czy czułość otulających nagie ciało listków. Jest przy tym konkretny, daje jasne wskazówki, na co w wielkim lesie trzeba uważać, a co może nam pomóc. W niektórych rozdziałach znajdziemy odwołania do tekstów kultury i kina. „Niejeden stary polski film pokazuje kochanków chowających się w zbożu, od »Nad Niemnem« (reż. Z. Kuźmiński, 1987) po »Samych swoich« (reż. S. Chęciński, 1967)” (s. 41). Łuczaj wskazuje, że przyczyna takiej scenografii jest bardzo prosta – nizinny krajobraz i wysokie zboża, rosnące po pas, a nawet po szyję, dawały namiastkę intymności parom mieszkającym w wielopokoleniowych gospodarstwach. Jednak przyroda w filmowych scenach miłosnych to nie tylko przytulne łany zboża.

Józef Szermentowski, Skraj lasu, ok. 1860

 

Leśne polany i zacienione zakamarki są idealnym plenerem do ukrycia zdrady. Anna Jadowska wykorzystała ten motyw w „Dzikich różach” (2017), opowieści o romansie mężatki i nastolatka. Gęstwiny traw i drzewa zapewniają kochankom intymność, lecz nie chronią ich przed wzrokiem wścibskich sąsiadów. Filmowa Oleśnica to typowa mała miejscowość, w której wszyscy wszystko wiedzą i nawet natura nie potrafi ukryć spragnionych miłości bohaterów przed światem. Ciemne lasy, choć bywają świadkami zbrodni i gwałtów (m.in. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” [2020, reż. B. Kowalski], „W głębi lasu” [2020, reż. L. Dawid, B. Konopka] czy „Belfer” [2016-17, reż. Ł. Palkowski, M. Bochniak, K. Łukaszewicz]), najczęściej są przestrzenią, w której rozgrywają się rozedrgane, pachnące majem pierwsze miłości.

Kiedy zaczynam zastanawiać się nad przykładami miłosnych scen plenerowych, zalewa mnie fala tytułów, od „Ostatniego dnia lata” (1958, reż. T. Konwicki), przez „Nad rzeką, której nie ma” (1991, reż. A. Barański) po „Wszystko, co kocham” (2009, reż. J. Borcuch). Choć najczęściej w kontekście sensualnego przedstawienia przyrody w polskim kinie pisze się o takich twórcach jak Jan Jakub Kolski, chciałabym na chwilę przystanąć przy kimś innym. Przy Andrzeju Kondratiuku, twórcy arcypięknego filmowego pamiętnika z życia we wsi Gzowo nad Narwią. Pochodzące z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych filmy, pokazujące życie reżysera i jego żony, Igi Cembrzyńskiej, w zespoleniu z przyrodą, od lat nieustannie mnie wzruszają i zachwycają swoim urokiem i prostotą. Noszę w pamięci obraz kąpiącej się w wannie postawionej pośrodku gaju owocowego radosnej aktorki. Powracają do mnie wspomnienia ich uwiecznionej na taśmie miłości, śmiesznych i mądrych rozmów, przeplatających się z obrazami szemrzącego strumyka. W owym czasie Kondratiuk kręcił w takich i podobnych plenerach fabuły – równie oczarowujące. Moją ulubioną jest „Mleczna droga”, historia staruszka, który z pomocą znachorki odzyskuje młodość. Film ocieka witalizmem, bujnością życia – bogactwem przyrody i seksualną obfitością. Wystarczy wspomnieć, że w rolę Śmierci wciela się tu Katarzyna Figura, która swoją erotyczną energią zupełnie zaprzecza umieraniu. Z jej mlecznych piersi wypływa nie tyle mleko, co esencja istnienia. Aktorka jest jak przyroda w pełnym rozkwicie, działająca na wszystkie zmysły tak mocno, że może odebrać rozum.

Obrazy Kondratiuka wyciskają z natury życiodajne soki i przekazują je spragnionym widzom. Szczególnie w czasie zamknięcia i oczekiwania na pierwsze wiosenne spacery, w jego kinie można znaleźć przyjemne ukojenie. Bardzo do tego zachęcam, zaświadczając, że mnie samej w ostatnim czasie nic nie przyniosło takiego spokoju i nadziei.

Sara Nowicka

urodzona w dwudziestą ósmą rocznicę powstania grupy OuLiPo w Świętochłowicach. Absolwentka filmoznawstwa i wiedzy o mediach na Uniwersytecie Śląskim. Współzałożycielka Final Girls – magazynu o kinie i autorka bloga Kino w zwolnionym tempie.

Publikowała m.in. w: artPapierze, Kinomisji, Magivandze, Niewinnych Czarodziejach, Masce oraz e.CzasieKultury. Jedna z autorek w zbiorowym tomie 1000 filmów, które tworzą historię kina pod red. naukową dr hab. Piotra Kletowskiego. W wolnych chwilach joginka i flâneuse, która zaskakująco dobrze znosi zamknięcie w czterech ścianach.

Polecamy

Wśród mchów i porostów

Sara Nowicka

Chyba wszyscy równie niecierpliwie każdego roku czekamy na wiosnę. Na wszechobecny nadmiar zieleni, wybuch pąków, zniewalający zapach świeżych kwiatów i bzyczenie pierwszych owadów, które już niedługo zacznie być nieznośne. Filmowi twórcy zmyślnie wykorzystują ten obezwładniający nasze zmysły szał uniesień. Natura w wiosennym rozkwicie lub letnim słońcu często jest tłem erotycznych historii, zapadających w pamięć i budzących zazdrość oglądających.

Czasem jestem łaski pełna, czasem całkiem pusta

Dzień kobiet. Dla mnie święto traumatyczne. Nie tylko dlatego, że kojarzy nam się z fatalnym ustrojem socjalistycznym, który paradoksalnie odsunął ludzkość od idei komunizmu na dziesiątki lat, jeśli nie na zawsze. To byłabym w stanie wybaczyć tak, jak wybaczam mojemu państwu, że nie musiałam płacić za edukację. Dzień kobiet natomiast zawsze wzbudzał mój niepokój, ponieważ brutalnie przypominał mi, jak bardzo odbiegam od ogólnie przyjętego, pożądanego modelu kobiecości.

Ekspresjonizm w sztuce polskiej

Sam termin „ekspresjonizm” użyty po raz pierwszy w 1901 r. w Paryżu przez malarza J. A. Hervè, pojawia się w Polsce w czerwcu 1911 r. w zamieszczonej przez poznański „Przegląd Wielkopolski” recenzji z pokazu obrazów francuskich fowistów w ramach XXII wystawy Berlińskiej Secesji; za katalogiem wystawy zostali oni nazwani „ekspresjonistami”. Wkrótce niemiecka krytyka artystyczna przejęła termin, dostrzegając możliwość związania go z narodową tradycją artystyczną. Przed I wojną światową „niemiecki” ekspresjonizm przeciwstawiony został „francuskiemu” kubizmowi i „włoskiemu” futuryzmowi, tworząc trójczłonowy układ europejskiej awangardy. Znalazło to odbicie w Polsce, w tytule lwowskiej „Wystawy futurystów, kubistów i ekspresjonistów” urządzonej w 1913 r. Kubiści i futuryści nie pojawili się na niej, wystawili swe prace natomiast „ekspresjoniści niemieccy, czescy i rosyjscy – A. Jawlenski, W. Kandinsky, O Kokoschka, B. Kubišta, L. Meidner, Segal i in. W tym czasie określenie „ekspresjonizm”, które jako pochodna jednej z podstawowej kategorii estetycznych, zachowało pewną elastyczność (czym różniło się od ściślej określonego czasowo i formalnie kubizmu czy futuryzmu), zostało w Niemczech i w Polsce uznane za nadrzędne w stosunku do tendencji „nowej sztuki”, Trzeba tu dodać, że kubistyczną geometryzację i futurystyczną dynamikę uznano za jeden z głównych środków formalnych, którymi malarz ekspresjonista operował.