Jak wielki to przywilej móc po prostu wyjść na miasto, wybrać sobie kawiarnię, stolik, pić ulubioną kawę i nigdzie się nie spieszyć.
Wędrować, spać tyle ile potrzebuję, pochłaniać książki jedna za drugą, mieć święty spokój i nie musieć się nikomu tłumaczyć – w oczekiwaniu na wyklarowanie się koncepcji żyć jak zawodowy myśliciel – tak opowiada o swoim ulubionym trybie funkcjonowania w pewnym momencie swojego życia twórca teorii Czarnego Łabędzia – Nassim Nicholas Taleb, i to mi się podoba, rezonuje ze mną, nie wstydzę się, że mam tak samo i żadnych wyrzutów sumienia.
Zima jest cicha.
U Wojtkiewicza, Weissa, Ropsa, Ensora jest za to tłumnie i głośno, tylko maleńki Pierrot –
esencja ciszy – obserwuje nas przez szybę, widać, że dobrze mu tam, w samotności.
Wszyscy pozostali w każdej chwili mogliby zeskoczyć z obrazów na podłogę żeby rozpocząć bal.
Tak wyszło, że znalazłam się w grupie scenograficznej. Naszą misją było udekorowanie sal na tę jedyną wyjątkową noc. Najpierw spotykaliśmy się u Janiny na Groblach żeby wybrać elementy dekoracji. Do dyspozycji mieliśmy arkusze bristolu, farby, krepiny, słomę, papier świecący, sznurki, wstążki, kokardy, rzemyki, złote rogi, tkaniny wszelkiej grubości, od tiulów po aksamity, sztuczne kwiaty, i czego tam nie było …
Następnego dnia od rana do wieczora ozdabialiśmy przestrzenie Piwnicy – według sugestii Janiny miało być gęsto, kolorowo, czarodziejsko, zawsze dominował jeden temat : raz była to kosmiczna łąka w stylu dada, w kolejnym roku zwierzęta mocy, innym razem karnawał błaznów albo pracownia Marcela Duchamp.
W jedną z tych pamiętnych nocy sylwestrowych zatrudniłam się na zapleczu baru do zmywania naczyń. Byłam niezwykle dumna, że dostąpiłam takiego zaszczytu. Oczywiście w związku z tym niewiele tańczyłam, za to miałam okazję usłyszeć niecodzienne rozmowy przy barze, …
wszystko tam było omawiane, drinki, piosenki i sukienki, podsumowania odchodzącego roku, ranking filozofów, cytaty poetów żeby powiedzieć coś czego nie da się inaczej, zwierzenia przyjaciół jak to dobrze, że przyjechałem z Paryża na Święta, przecież tam bym nie przeżył bez Was, a jak tam w Paryżu? – próbuję się wsłuchać, ale docierają tylko nazwy ulic, galerii…
dużo było śmiechu i nieustających powitań, dużo więcej powitań niż pożegnań, bar mieści się tuż przy wejściu, Piotr witał znakomitych gości, a najważniejsze co pamiętam z tamtych czasów to to, że każdy mógł poczuć się jak znakomity gość, nawet jeśli nie był nikomu znany i ukradkiem udało mu się wejść.
Piliśmy wtedy bardzo dużo alkoholu, jednak nikt się nie zataczał.
O czwartej nad ranem chodziło się na podwórko kamienicy, jaka to była ulica?, zawsze to samo miejsce, ta sama kamienica, dziedziniec, i tam na środku stała wielka choinka, na której wieszaliśmy bombki, zabawki, cukierki. Grzegorz zawsze śpiewał i było bardzo uroczyście.
W drodze powrotnej przez Planty idę pod rękę z Piotrem, ma na sobie gruby kożuch, beżowy, z szerokim jaśniejszym kołnierzem z baraniej wełny. Zapach wełny i perfum pamiętam…
i zmęczenie Piotra, i melancholię, taką nagłą, niespodziewaną.
Był Pierrotem i Arlekinem w jednej osobie.
Zima jest cicha.
Pierrot siedzi wygodnie w fotelu, z pozoru nie robi nic, jednak on zastanawia się nad istnieniem, a przecież to nie jest ani łatwe ani przyjemne zajęcie. Arlekin w tym czasie piecze pasztet z wątróbki. W kominku pali się ogień.
Za kilka godzin rozpocznie się najważniejsze wydarzenie w roku – bal w ogrodzie botanicznym.
Goście przyjadą ze wszystkich stron świata. To cudowne uczucie, znać liczbę zaproszonych osób – aż sto dwadzieścia! – ale nie znać prawie nikogo osobiście.
Arlekin jest cały w skowronkach, będzie muzyka, tańce, rytmy z różnych tradycji, pewnie w którymś momencie wieczoru pojawią się instrumenty, weźmie swój akordeon, od dawna marzył żeby zagrać publicznie, w końcu teraz się odważy, przy akompaniamencie udu, a może tabli, a może gitary … nie może się doczekać i śpiewa już od rana.
Ludzie będą śpiewać w różnych językach, nareszcie nie wszystko trzeba rozumieć, tylko czuć.
Pierrot liczy na to, że znajdzie się ktoś chętny do rozmowy, w zaciszu ogrodu, pod różaną altaną, róże tak pięknie pachną o tej porze!
Czas się ubierać.






