Ukazuje się od 1946 w Krakowie, a następnie w Warszawie jako PRZEGLĄD ARTYSTYCZNY, od 1974 SZTUKA,
Rok (60) XXXII | Wydanie internetowe Rok (7) SZTUKA 2026
Copyright © Sztuka 2026
Głos poza normą. Język i ekspresja między instytucją a wolnością

Adolf Wölfli, Collection de l’Art Brut, Lausanne
Język jest faktem społecznym, faktem, który od samego początku był narzędziem komunikacji i ekspresji. Odkąd funkcjonuje w obrębie wspólnoty, działa jak instytucja: posiada własne normy, reguły i dyskurs, a więc także własną normatywność. Jeśli podmiot pragnie komunikować się z innymi, musi ją przyjąć — przynajmniej w minimalnym stopniu. Oznacza to zgodę na pewien porządek sensu. W przeciwnym razie, mówiąc, wypowiada się rzeczy irracjonalne i bezsensowne, pozbawione znaczenia. Podmiot staje się wówczas niezrozumiały, dziwny, a w końcu szalony, niepotrzebujący prawa głosu. Język w swojej obiektywności wyznacza bowiem granice racjonalności i wspólnego sensu. To on ustanawia pole tego, co można pomyśleć i wypowiedzieć jako znaczące.
„Szaleństwo” języka nie polega jednak na niczym innym jak na jego odmiennym użyciu — na próbie przekroczenia jego społecznej skończoności i instrumentalności. Wówczas język przestaje być wyłącznie narzędziem; staje się doświadczeniem i przestrzenią ekspresji. Trzeba jednak pamiętać: podkopać język to podkopać samą wspólnotę, same społeczeństwo, które nim operuje, jednocześnie będąc przez niego operowanym1. Gérard Dessons pisał, że mówienie bez celu, bez zamiaru przekazania czegokolwiek, uchodzi za niemówienie niczego. Wypowiedź postrzega się jako coś, co musi wskazywać, oznaczać, denotować. Zakłada się jej celowość i skończoność. Mowa i pismo mają prowadzić do określonego efektu — sensu możliwego do uchwycenia.
Takie stanowisko przeniknięte jest pragmatyzmem i utylitaryzmem, czyli stanowiskami pozostającymi w napięciu z ideą wolnej ekspresji. Skoro język jest z natury społeczny, zaczyna być postrzegany jako wyznacznik prawdy i faktycznej, obiektywnej rzeczywistości. Głos jednostki staje się słyszalny jedynie w ramach obowiązującego dyskursu. W tym miejscu ujawnia się polityczny potencjał języka. Czym bowiem jest propaganda, jeśli nie jego przejęciem przez władzę? Foucault w Historii szaleństwa w dobie klasycyzmu opisał proces wykluczania tego, co uznane za nierozumne. Dyskurs racjonalności nie tylko organizuje społeczeństwo — przenika także podświadomość.
Jeśli mówimy o szaleństwie, musimy wspomnieć o psychiatrii — o dyskursie, który instytucjonalizuje i zamyka to, co nienormatywne. A przecież subiektywność i indywidualność człowieka wymykają się każdej ostatecznej klasyfikacji. Pojawia się więc pytanie o wolność ich wyrażania — wolność wcale nieoczywistą. W oczach lekarzy Hölderlin czy Verlaine byli szaleńcami, ponieważ ich artystyczna ekspresja przekraczała zastany językowy porządek. Ich wersy, rymy, metafory i wszelakie środki stylistyczne, za które dziś ich cenimy, były zredukowane do bezsensownego i przypadkowego ciągu słów. Instytucje psychiatryczne stawały się miejscem społecznego wygnania, przestrzenią izolacji, a nawet — jak można by powiedzieć — cichej wojny między jednostką a wspólnotą2. Język „chorych” nie był odczytywany jako poszukiwanie sensu, lecz jako symptom. Nie pytano, co mówi — pytano, na co wskazuje jako objaw. Nie inaczej było chociażby w przypadku Antonina Artaud i chociażby jego słynnego Momo, którego poniżej zamieszczam fragment:
„Zgwałcony, obcięty, całkowicie wyssany
przez całą bezczelną hołotę
wszystkich spieprzonych dupków
którzy nie mieli innego pożywienia
aby żyć
niż pożerać
Artauda
mômo
tam, gdzie jeden może pieprzyć szybciej
niż ja
a drugi staje się twardszy
niż ja
we mnie samym
jeśli zadbał o to, aby położyć głowę
na krzywiznie tej kości”
Mamy tutaj gesty, które psychiatria odczytywała jako odwracanie diagnozy, bluźnierczą i wulgarną cielesność, interpretowaną jako rozpad podmiotu, czy wreszcie odniesienia do samego siebie, które mogły sugerować schizofrenię i niepoczytalność. Niemniej nawet niewinna metafora, chociażby deszczu w sercu w „Romansach bez słów” Verleina jest odczytywana jako pataologiczna nadwrażliwość! Dopiero psychiatra Marcel Reja dostrzegł w tej innej ekspresji wartości uznając, że swobodne i wolne poruszanie się i tworzenie w języku posiada własną logikę i tożsamość3. Choć nadal mówił o logice, przesuwał akcent — od patologii ku twórczości. Jean Dubuffet poszedł jeszcze dalej. W nienormatywnej ekspresji, w tym, co nazwał Art brut, dostrzegł formę czystą — wolną od porządku akademickiego i kulturowego. Szaleństwo przestało być defektem; stało się intensyfikacją subiektywności. Nie istnieje żadne pewne kryterium, które pozwalałoby raz na zawsze oddzielić wypowiedź „zdrową” od „patologicznej”. Tak w końcu „rozgrzeszono” twórczość Artauda nadając jej na powrót intencjonalność, czy zainteresowano się genialnymi artystami pokroju Adolfa Wolfliego czy Alois Corbaz, których pisma czy obrazy z początku, były postrzegane jako symptomy choroby. W tym sensie można przywołać teorię aktów mowy J. L. Austina. Wypowiedź nie jest jedynie opisem świata — ona go współtworzy. Słowo działa, jest aktywne i performatywne. Może być takie szczególnie wtedy, gdy nie podporządkowuje się już ustanowionemu porządkowi, a staje się aktem oporu wobec instytucji. Nie inaczej jest z malarstwem czy każdą inną formą ekspresji i obiektywizacji wyobraźni czy prywatnej, intymnej percepcji świata. Niemniej to właśnie prawo ekspresji, było zabierane, zanikało w obliczu braku rozumu.
A jednak język nigdy nie jest całkowicie wolny od kryteriów. Dyskurs wyznacza ramy, w których funkcjonują społeczeństwo i sens. Skończoność wypowiedzi, jej znaczenie, jej racjonalność — to elementy konstytuujące nasze rozumienie języka. W edukacji sfera werbalna dominuje nad plastyczną; ekspresja słowna od początku kształtowana jest przez system społeczno-polityczny. Być może dlatego niektórzy wycofują się z prób komunikacji, odczuwając wykluczenie jeszcze zanim zabiorą głos. Bunt wobec języka — odrzucenie jego norm — może być próbą odzyskania przestrzeni wolności. Jeden z uczniów i współpracowników Dubuffeta, Michel Thevoz, którego pism jestem wielkim fanem, określał ten mechanizm mianem „agresji twórczej”.
Hegel pisał, że pismo jest formą ducha, ponieważ uruchamia wyobraźnię i zdolność wizualizacji. A jednak literatura podlega dyscyplinie — wymaga jasności, czytelności, interpretowalności. W historii była jedną z najbardziej zinstytucjonalizowanych form ekspresji. Akt mówienia bywa spontaniczny, nasycony emocją; akt czytania tradycyjnie wiązano z rozumem i logiką. Lecz w lekturze na głos performatywność słowa powraca — język znów staje się wydarzeniem.
Sam akt mowy nie jest jeszcze normatywny; normatywna staje się jego interpretacja. Poezja i proza mogą być zatem przestrzenią zawieszenia obowiązujących reguł — miejscem, w którym sens nie jest dany z góry, lecz rodzi się w doświadczeniu. Nie trzeba mówić o szaleństwie ani o irracjonalności. Wystarczy uznać, że istnieje intymna relacja z językiem — relacja prywatna, w tym co wspólnotowe i tym co nadane.
- Michel Thévoz, Les écrits bruts. Le langage de la rupture, Paris, Éditions du Canoë, 2021, p. 9
- Thomas S. Szasz, Le Péché second, Paris, Payot, 1976, p. 112.
- Gérard Dessons, La manière folle. Essai sur la manie littéraire et artistique, Houilles-Paris, Manucius, 2010, p. 105.
Antek Markiewicz
Ukończył studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim oraz Paryskiej Sorbonie. Obecnie studiuje literaturę współczesną i kreację krytyczną na Uniwersytecie Paris 8, gdzie stara się łączyć swoje, dość szerokie, pasje. Pisze prozę oraz teksty i felietony dotyczące sztuki, polityki, problemów społecznych czy architektury. Niemniej zawsze pozostaje zanurzony w filozofii, która stała się dla niego niejako, jakże potrzebnym, narzędziem krytycznym.
Aktualności
Współczesna sztuka amerykańska, a jej nieistniejące połączenie z francuską filozofią
Jedność w skali mikro i makro – wystawa „Kosmos i Organika” w sercu Warszawy
Wystawa Kandinsky’ego w Philharmonie de Paris – sztuka, która ma się wymykać
Zimowy Salon Sztuki w Domu Aukcyjnym REMPEX – Silent Selling i twórczość Jacka Sienickiego
Matka awangardy. Kolekcja Berthe Weill
Antek Markiewicz
Ukończył studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim oraz Paryskiej Sorbonie. Obecnie studiuje literaturę współczesną i kreację krytyczną na Uniwersytecie Paris 8, gdzie stara się łączyć swoje, dość szerokie, pasje. Pisze prozę oraz teksty i felietony dotyczące sztuki, polityki, problemów społecznych czy architektury. Niemniej zawsze pozostaje zanurzony w filozofii, która stała się dla niego niejako, jakże potrzebnym, narzędziem krytycznym.
