
Przynależę do kłącza. Nic nie spoczywa tu wyżej ani niżej, nic nie jest ważniejsze lub mniej ważne, nic nie jest odrębne ani stałe, wszystko w ruchu i wszystko połączone. Miasta i ludzie. Ich i moja historia. Pory roku. Stare dobre piosenki. Przyzwyczajam się do tonacji wcześniej gasnącego dnia, ptaki budzą się później, zasypiam na samym środku jeziora a kiedy się budzę, wokół panuje ciemna noc, trochę niezręczna sytuacja, bo trzeba jakoś dopłynąć do brzegu a ja nie mam pojęcia gdzie jest brzeg, mimo to jakoś wcale nie panikuję. Po chwili wieczności dostrzegam pomost, delikatnie oświetlony – to pomost na Kryspinowie, który jednocześnie jest pomostem w Rańsku i tym w Charzykowych, i tym w Fimela, i w Paknampran, i na wyspie Mar Looj.
Wszystkie znaki mówiły – jedź do Paryża! A ja zostałam i zamiast tego pojechałam do Krakowa. Posłuchałam głosu wewnętrznego, niezależnie od znaków.
Poranek budzi mnie chłodny, deszczowy, pełen dziwnej nostalgii po ledwo zapamiętanym śnie, powłoka smutku otacza każdy najdrobniejszy gest, wreszcie przytulam się do niego i w tym momencie doskonała jest perspektywa wód otwartych.
Trzeciego dnia nad zalewem na Zakrzówku użądliła mnie osa, zostawiając imponujący ślad na czubku mojego języka. Bardzo szybko zaczęłam mieć problem z mówieniem, zdążyłam zadzwonić na 112 i sepleniąc opisałam nagły przypadek. Przyjechała karetka. Na sygnale. Dostałam zastrzyki – adrenalina, antyhistamina, pyralgina. Obrzęk powoli ustępował, do końca dnia czułam potężne zmęczenie, a po dwóch dniach utrzymuje się lekki dyskomfort na języku. I wyraźny przekaz od osy. Mniej mówić.
Nazajutrz budzę się bardzo wcześnie i z absolutnym przekonaniem, że chcę jechać znowu na Zakrzówek, kąpać się i siedzieć dokładnie w tym samym miejscu gdzie zdarzył się wczorajszy incydent. Więc jadę. Nawet jem z tej samej paczki mieszankę studencką, tylko zdecydowanie bardziej uważnie. Na brzegu głębokiego basenu starsza pani moczy nogi rozmawiając długo przez telefon po ukraińsku. Oprócz nas jest jeszcze grupa joginów. Kiedy szykuję się do wypłynięcia w dal, proszę panią żeby zerknęła na moje rzeczy.
Po wyjściu z wody leżę patrząc na granatowo-stalową taflę, nadciągają chmury, ale jest przyjemnie ciepło.
Około południa zjawia się Aldo – mój serdeczny kolega z liceum, mieszka w pobliżu zalewu.
Aldo Vargas-Tetmajer jest polskim Indianinem, jego ojciec pochodzi z Boliwii. No więc opowiada mi, że Indianie mają w zwyczaju wracać do miejsc gdzie doznali jakiegoś szoku, gdzie wydarzył się przykry dla nich incydent czy wypadek, że wracają tam żeby odnaleźć utraconą duszę.
I tak sobie gadamy. Pani skończyła rozmawiać, szykuje się do wyjścia, zatrzymuje się obok nas, długo szuka czegoś w torebce po czym wyjmuje pierścionek i wręcza mi go mówiąc, że to prezent. Jak miło, bardzo dziękuję, ale dlaczego ? Nie potrafi wytłumaczyć, po prostu wspomina, że jak przyszłam, byłyśmy prawie same, od razu weszłam do zimnej wody, ona siedziała i patrzyła na moje rzeczy (no właśnie, to ona zrobiła mi przysługę), no i poczuła, że ten pierścionek jest dla mnie i już. Cały koloru jasnego srebra, a kształt oczka przypomina mi osę.
Wypływam jeszcze dalej – w piance, z bojką, w masce, z rurką. Płynę wzdłuż wapiennych skał, obserwuję ich kształty pod wodą, dotykam kamiennych półek, siadam na jednej z nich, potem płynę dalej, woda jest bardzo przejrzysta, z dna wyrastają drzewa, jakie to wspaniałe uczucie móc unosić się tuż nad drzewem, dotykać najwyższych gałęzi, być przez chwilę wieczności ptakiem ! Co jakiś czas przemykają złociste rybki, na moment zastygają i suną dalej. Chciałabym kiedyś okrążyć całe jezioro.
Na skraju pomostu siedzi mężczyzna około sześćdziesiątki. Jest ubrany w czarną piankę i biały czepek, na którym opiera się błękitno-przezroczysta maska. Na stopach ma żółte płetwy, jedna z nich kołysze się w wodzie, druga spoczywa na pomoście. W talii zawiązany pas, na nim kilka ołowianych ciężarków. Co planuje? Na razie rozmawia z grupką osób, które tam odpoczywają. Na pewno dopiero się poznali, tamci go pewnie zagadali, bo domyślam się, że właśnie opowiada o freedivingu. A ja nie mogę się doczekać kiedy skończą gadać i on zejdzie do wody. Wreszcie zakłada maskę na twarz, zanurza się powoli, potem widzę tylko głowę i dłonie oparte o podest. Przygotowuje się. Kilka głębokich spokojnych oddechów. Wypływa na lewym boku, ręce wzdłuż ciała, płynie bardzo powoli, co jakiś czas wynurzając pół twarzy po oddech. Sylwetka, ledwo dostrzegalna, właściwie zlewa się z wodą. Później tracę go z pola widzenia.
Po kilku minutach, po drugiej stronie jeziora, tuż za przesmykiem ukazują się żółte płetwy uniesione w górę, po sekundzie znikają. Nie liczę czasu. Po chwili wieczności wypływa biała głowa i czarny tors. A potem płynie dalej po swojemu, bokiem. To ja za rok. Bo dziś ostatni dzień.
Przyjechałam żeby osiągnąć punkt kulminacyjny wielkiej ciszy, zanurzyć się w jej esencji, poczuć wolność i radość na otwartych wodach, ale też żeby przejść dużo kilometrów, wypić czerwone wino na Kazimierzu, kawę w parku Jordana, czytać Sebalda, który najpierw mnie zachwyca, a potem trochę nuży, a potem znów zachwyca. Żeby dowiedzieć się o sobie jeszcze więcej i jeszcze mocniej wczepić się w kłącze, i jeszcze mniej przynależeć dokądkolwiek. Osa przypomniała mi żeby mniej mówić. O wszystkim. Takie już jest to lato – pełne mocy, przekazów i deleuzjańskich wycieczek.





