Rozmowa z Monique Chmielewską-Lehman
Monique Chmielewska-Lehman, artystka, która na co dzień oddycha gorącym powietrzem Kalifornii, udzielała ostatnich wywiadów tuż przed odlotem do Stanów Zjednoczonych. Stojąc pośród swoich monumentalnych prac i dzieł ojca, legendarnego Henryka Chmielewskiego, zdawała się uosabiać odwieczny dylemat: czy wielkie nazwisko to trampolina, czy może cień, w którym trudno o własny oddech? Historia Monique to dowód na to, że wyjście z cienia „Papcia Chmiela” nie dokonało się poprzez negację korzeni, lecz poprzez niemal monastyczną dyscyplinę i warsztat, który łączy pokorne rzemiosło z rozmachem godnym amerykańskich drapaczy chmur.
Dla Monique definicja artysty nie ma nic wspólnego z publicznym blichtrem. To stan świadomości, który nie uznaje urlopów ani godzin urzędowania. W przeciwieństwie do profesji wymagających sceny i aplauzu, jej proces zaczyna się w absolutnej ciszy poranka, od prozaicznych czynności przygotowawczych, które są pierwszymi ruchami pędzla – lub raczej pierwszej nici.
Zrozumienie własnej tożsamości przyszło do niej poprzez bolesny, ale konieczny eksperyment. W pewnym momencie życia Monique postanowiła sprawdzić, czy odnajdzie się w świecie wielkich pieniędzy i nieruchomości. Po pół roku obwożenia klientów po nieznanych adresach własnym samochodem i walki z bezduszną logistyką sprzedaży, doznała olśnienia. Uznała, że po prostu „do niczego innego się nie nadaje”. Świadomość własnych ograniczeń zawodowych okazała się dla niej wyzwalająca. To właśnie ten brak alternatywy pchnął ją z powrotem do warsztatu, uświadamiając, że prawdziwy artysta to człowiek, dla którego tworzenie jest jedyną formą przetrwania.
„Jestem artystką, która jest 24 godziny na dobę artystką. Zaczynam dzień od drobnych czynności, które prowadzą do stworzenia dzieła, które zamierzałam”.
Wybór ścieżki akademickiej Monique w latach 70. był formą estetycznej rebelii. Podczas gdy na uczelniach triumfował postulat „wyrażania siebie”, często maskujący warsztatowe braki i kompozycyjny chaos, ona uciekła w rygor konserwacji rzeźby. Szukała konkretu, twardej nauki i materii, która stawia opór.
Fascynacja dawnymi mistrzami – Michałowskim czy Rodakowskim – zaprowadziła ją do Muzeum Narodowego, gdzie kopiując ich dzieła, doszła do pokornej konkluzji: w malarstwie powiedziano już niemal wszystko. To w tkaninie dostrzegła nieodkryty ląd. Polska szkoła tkaniny artystycznej była wówczas światowym fenomenem, oferującym formy, jakich oko wcześniej nie widziało. Monique postawiła na solidny warsztat rzemieślniczy jako fundament. Zrozumiała, że tylko doskonałe opanowanie techniki pozwala na prawdziwą wolność tworzenia.
Rok 1978 był przełomowy. Wakacyjny wyjazd do USA zbiegł się z wyborem Karola Wojtyły na papieża. Monique, czując wagę tej historycznej chwili, postanowiła działać natychmiast, mimo braku profesjonalnego krosna. W duchu czystej, warsztatowej improwizacji, wykorzystała ramę od łóżka, na której naciągnęła osnowę. Tak powstał dwumetrowy, tchnący niezwykłym ciepłem portret Jana Pawła II. To dzieło, pokazane wielotysięcznemu tłumowi w Chicago, stało się jej przepustką do wielkiego świata. Spotkanie z papieżem i zainteresowanie mediów otworzyło przed nią drzwi, o których wielu tylko marzy – od zleceń dla Johna Travolty po dekorowanie najważniejszych gmachów sakralnych w USA. W tę historię wplata się też niezwykły dialog z dziedzictwem ojca. W XV księdze przygód Tytusa, bohaterowie uciekają z muzeum, prując gobelin. Monique, w akcie artystycznego dopełnienia, zrekonstruowała to mityczne dzieło, tworząc materialny most między komiksową fantazją Papcia Chmiela a swoją rzemieślniczą rzeczywistością.
To, co czyni prace Monique wyjątkowymi, to ich niemal fotograficzny realizm, osiągnięty dzięki autorskiej subwersji tradycyjnego tkactwa. Artystka stosuje technikę sideways (tkania bokiem). Dzięki obróceniu projektu o 90 stopni, eliminuje charakterystyczne dla gobelinów „schodki” i linie, pozwalając światłocieniowi na twarzach układać się z malarską płynnością.
Jej proces to alchemia: każda nić jest ręcznie farbowana, a oddanie karnacji ludzkiej skóry wymaga przygotowania setek odcieni. Ta benedyktyńska praca – często wykonywana w dusznej piwnicy w Michigan, gdzie projekt o długości 12 metrów dosłownie owijał się wokół ścian – wymaga żelaznej dyscypliny. Monique przeniosła do tkactwa zasadę swojego ojca dotyczącą fotografii analogowej: „jedno ujęcie musi być idealne”. W jej świecie nie ma miejsca na błąd – każda nić jest ostateczna, a utrata kontroli nad napięciem osnowy grozi powstaniem tzw. „czarnej dziury”, w której cała kompozycja zapada się do środka.
* * *
Kuratorka wystawy:
Barbara Siatkowska
Wywiad przeprowadził:
Piotr Makarski
Produkcja, realizacja, foto:
Marcin Gregorczyk
Montaż:
Magdalena Karpowicz
Aktualności
Szczodrość form i pamięć kamienia. Refleksje po wystawie Alfonsa Łosowskiego
Polska awangarda doceniona po czasie, czyli Franciszka i Stefan Themersonowie
Polska awangarda doceniona po czasie, czyli Franciszka i Stefan Themersonowie
Dom, którego nie widać – wystawa Aleksandry Batury w Warszawie
