Rozmowa ze Stasysem Eidrigevičiusem
Większość z nas patrzy na świat w sposób zaprogramowany na ignorowanie niewygodnych detali. Przesuwamy wzrokiem po nieszczelnych oknach, unikamy myśli o przemijaniu, a dźwięki pogrzebowych pieśni traktujemy jak tło, od którego najlepiej się odciąć. Stasys Eidrigevičius, wnikliwy obserwator ludzkiej kondycji robi dokładnie odwrotnie. Jego „widzenie więcej” nie jest darem, lecz wyborem, który zakorzenił się w dzieciństwie na litewskiej wsi. To tam, chłonąc głębokie, „zduszone” śpiewy pogrzebowe, artysta nauczył się, że to, co bolesne i ukryte, stanowi fundament egzystencji.
Eidrigevičius to artysta totalny, u którego teatr, malarstwo, plakat i literatura stanowią naczynia połączone. W jego świecie nie ma granicy między gestem aktora a pociągnięciem pędzla. To twórca, który pod nieruchomą, pozornie sformalizowaną maską skrywa ontologiczny niepokój, pulsujący autentyzmem, który bywa trudny do zniesienia, ale zawsze pozostaje magnetyczny.
Powszechnie uważa się, że maski Stasysa to prosty odprysk litewskiego folkloru. Nic bardziej mylnego. Choć artysta czerpie z obrzędowości, konsekwentnie unika „etnograficznego realizmu”. Maska w jego ujęciu nie służy do ukrycia twarzy – ona sama staje się nowym obliczem, symbolem osamotnienia i wewnętrznego dramatu człowieka, który nieustannie szuka jedności z naturą.
Kluczowa dla tego języka stała się haptyczność materiału. W 1984 roku w Berlinie Zachodnim Stasys odkrył pastel – medium, które pozwoliło mu na natychmiastowy zapis „emocji dnia”. To właśnie pastele nadały jego maskom mięsistość i życie. Przykładem tej filozofii jest słynny cykl „smutków” z 1990 roku. Powstał on w letnim domu pod Kazimierzem Dolnym, zainspirowany widokiem wyrwanych korzeni drzew. Te twarze-korzenie to dowód na to, że maska u Stasysa nie jest zastygłym schematem, lecz żywą, bolesną symbiozą z materią.
Stasys posiada unikalną zdolność nadawania przedmiotom codziennym statusu sacrum. Jego plakat stworzony dla biblioteki w Poniewieżu jest tego najlepszym dowodem – artysta użył w nim słomy przywiezionej z rodzinnej wsi Lepšiai, wprost z pola swojego ojca. Ten prosty, naturalny materiał stał się realnym łącznikiem między sztuką wysoką a ziemią, która go ukształtowała.
Dziś twórczość artysty znalazła swoją przystań w nowo otwartym Stasys Museum w Poniewieżu (Panevėžys). Budynek ten, nagradzany za nowoczesną architekturę, stał się centrum archiwizacji jego dorobku, w czym nieocenioną rolę odgrywa syn artysty, Ignacy. Jako „prawa ręka” i kurator, Ignacy z niezwykłą precyzją dba o to, by dzieło ojca pozostało żywe.
Historia Stasysa to jednak coś więcej niż muzealne sale. To opowieść o człowieku, który potrafił zachować bezinteresowną miłość do świata. Symbolizuje to anegdota z Zachęty, gdzie Stasys chodził od pokoju do pokoju, dzieląc się z pracownikami litewskim chlebem z Poniewieża. To był gest dzielenia się sobą, swoją tradycją i bliskością.
Czy w dzisiejszym, pędzącym świecie potrafimy jeszcze patrzeć na sztukę z taką czystą, bezinteresowną miłością? Czy umiemy dostrzec głębię w nieszczelnym oknie i usłyszeć prawdę w zduszonym śpiewie, zanim postanowimy je po prostu uciszyć? Stasys Eidrigevičius udowadnia, że warto spróbować.
* * *
Produkcja, realizacja, foto:
Marcin Gregorczyk
Montaż:
Magdalena Karpowicz
Aktualności
Szczodrość form i pamięć kamienia. Refleksje po wystawie Alfonsa Łosowskiego
Polska awangarda doceniona po czasie, czyli Franciszka i Stefan Themersonowie
Polska awangarda doceniona po czasie, czyli Franciszka i Stefan Themersonowie
Dom, którego nie widać – wystawa Aleksandry Batury w Warszawie
